Tusz do rzęs Astor Big & Beautiful Lovely Doll

Share on Google+0Share on Facebook0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0Share on LinkedIn0Share on StumbleUpon0Share on Tumblr0

k16

Każdy, kto zetknął się z reklamą marki Astor z pewnością słyszał: ,,Astor. Jak pięknie być sobą”. No cóż, sobą zawsze warto pozostawać, aczkolwiek sama nazwa tego wychwalanego tuszu, w wolnym tłumaczeniu ,,śliczna laleczka”, raczej nie ma zbyt wiele wspólnego z naturalnym wyglądem. Czy zatem kosmetyk ten miał być doskonały jedynie dla osób kreujących się na sztuczne podobizny lalek? No z pewnością nie. Zakupiłam rzeczony produkt z nadzieją, że faktycznie rzęsy będą sprawiały wrażenie bardzo długich, grubych, wręcz telewizyjnych. Jak się okazało, marzenia w kontakcie z rzeczywistością tracą na realności.

Przejdźmy zatem do samego tuszu marki Astor. Piękne opakowanie, nie da się temu zaprzeczyć. Róż faktycznie cukierkowy, zdecydowany i bezwzględnie przyciągający wzrok. Błyszczące opakowanie niemalże woła do nas ze sklepowych półek i prosi o zakup. Ja również nie mogłam się oprzeć. Oczywiście cena odpychała jak kłujący jeż, ale pragnienie posiadania fantastycznych rzęs wygrało tę nierówną walkę. Dodam, że kosmetyk ten na promocji kosztował ponad 35 zł. Za taką cenę można oczekiwać naprawdę dobrego kosmetyku. Sama marka Astor kreuje się na taką z wyższej półki, więc pod tym kątem patrząc, tusz faktycznie do najdroższych nie należał. Dla przypomnienia dodać można, co produkt miał nam oferować. Przede wszystkim każda z osób wybierających ten właśnie tusz miała uzyskać efekt teatralnie podkręconych rzęs. Chciałoby się takie nieraz mieć. Niestety, nie w tym wypadku. Nawet po nałożeniu kilku warstw nie każdy będzie miał sceniczne spojrzenie. Jeżeli twoje własne rzęsy same nie unoszą się znacząco do góry, ten tusz ich nie uniesie w tak ekstremalny sposób. A szkoda, bo wychodzi na to, że ,,obiecanki cacanki a głupiemu radość” jak głosi stare przysłowie i kolejny raz ma rację. Następna rzecz, którą miałam uzyskać, to idealne rozdzielenie rzęs. Nie do końca tak było. Podkręcenie i rozdzielenie nie idą ze sobą w parze. O ile faktycznie rzęsy po jednym pomalowaniu nie były ze sobą złączone, o tyle nie było wtedy widać żadnego efektu podkręcenia. Teraz kolej na innowacyjną szczoteczkę. Fakt, inne tusze takiej nie posiadają. Jej końcówka widocznie pozostaje oddzielona od reszty i tworzy niewielką kuleczkę. Tak do końca nie wiem, czemu miała ona służyć. Prawdopodobnie miała unosić i malować te najkrótsze rzęsy w kącikach oczy i na ich zakończeniu. Tutaj kolejne rozczarowanie. Oczywiście opisuję jedynie swoje subiektywne odczucia i całkiem możliwe, że innym osobom uda się doskonale pomalować rzęsy za pomocą takiej szczoteczki. Ja długo próbowałam i nic z tego nie wyszło. Ta silikonowa szczoteczka według producenta powinna ,,otwierać oko” i nadawać mu laleczkowego wyglądu. Jestem rozczarowana, nie mogę być lalką.

Zaletą tuszu może być jego wydajność, bo faktycznie starcza na całkiem długo, pod warunkiem malowania raz na trzy dni. Konsystencja nie jest najgorsza, aczkolwiek w moim przypadku po paru godzinach oczy zaczynały łzawić, a sam tusz rozmazywał się jak czarna plama. Jeżeli akurat trafił się jakiś dzień bez łez, wtedy faktycznie wytrzymywał dłuższy czas. Kolor tego kosmetyku jest rzeczywiście czarny, ale w obecnych czasach prawie każdy producent nazywa swój produkt tym najczarniejszym, extra black itp., a w związku z tym już prawie nie wiadomo, który jest tym zwykłym czarnym kolorem. Oceniam go jako ładną czerń, ale nie widzę, aby był czarniejszy niż inne.

Reasumując, tusz Astor nie zaskoczył tak, jak tego oczekiwałam. Teatralnie podkręcone rzęsy nadal pozostają jedynie moim marzeniem…

Dodaj opinię

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.